Całe lato online
Wakacje 2001
1. To był początek czerwca – tak ładnego jak ten teraz, ale ćwierć wieku temu – i właśnie wyszedłem z egzaminu na studiach. Ostatniego w sesji letniej i zdanego, bodaj nawet na piątkę. Pamiętam, że byłem zaskoczony rezultatem tego sprawdzianu mojej wiedzy, skądinąd skrajnie nieadekwatnym do czasu, jaki poświęciłem na naukę, ale też oszołomiony perspektywą nadchodzącego lata. Cztery miesiące laby!
Jeszcze nie wiedziałem, że sytuacja taka nigdy więcej się już nie powtórzy, piątka w indeksie pozostanie tylko wyjątkowym wspomnieniem, a letnie sesje egzaminacyjne będę zazwyczaj zamykał w okolicy pierwszych śniegów, przedwcześnie osiwiały z powodu perspektywy końca akademickiej kariery, co równało się przecież początkowi kariery w obowiązkowym wówczas Wojsku Polskim.
Ale na razie takie sprawy nie zaprzątały mojej głowy. Świeciło słońce, ja opuszczałem mury szacownej Alma Mater, by powrócić do nich dopiero w październiku, a spodziewałem się też stypendium za dobre wyniki w nauce (znów: jedynego w życiu), no i wciąż mieszkałem z rodzicami, co sprawiało, że nie musiałem się jeszcze martwić zarobkowaniem (zaś przygody takie jak opisana przeze mnie tutaj kariera reportera lokalnej prasy też były dopiero przede mną). Jak wspominałem: cztery miesiące laby!
Do tego w domu absolutna nowość – stałe łącze do internetu.
2. Wcześniej też już oczywiście surfowałem po necie, ale z wykorzystaniem numeru dostępowego 0202122, co było nie tyle beztroskim surfowaniem, ile raczej szybkimi nerwowymi nurkowaniami w poszukiwaniu skarbów World Wide Web i zapisywaniem ich na dysk do późniejszej lektury, nim upłyną trzy minuty, a Telekomunikacja Polska doliczy do rachunku kolejny impuls (program do sumowania takich wydatków nazywał się Bankrut).
O Pokoleniu 0202122, które doświadczało internetu w taki właśnie stresujący sposób, pisałem więcej w 9. numerze magazynu “Retro”.
Przy stałym łączu żadnych impulsów nie trzeba się było lękać, do tego naczytałem się gdzieś o Web 2.0 – nowej lepszej sieci, której to my, użytkownicy, będziemy dostarczać jakościowych treści (jeszcze nie wiedziałem, że złe korporacje uszyły tę łzawą historyjkę, by wyciągać od nas-frajerów darmowy content).
Wskoczyłem więc w ten nowy Web jak dzik w żołędzie, tym chętniej że w tym czasie pojawiły się w nim przecież udoskonalone formy komunikacji i ekspresji. Zamiast trzymanego za pysk przez garstkę technokratów Usenetu – nieskrępowane żadnymi normami fora dyskusyjne! Zamiast nieco topornego w użyciu IRC-a – czaty dostępne bezpośrednio w przeglądarce! Zamiast edytowanych Pajączkiem i wrzucanych na serwer przez FTP stron domowych na Polboksie i Republice – łatwe w aktualizacji blogi!
Dłuższy esej o tym, jak dzieci Neostrady budowały Web 2.0, opublikowałem w 10. numerze magazyny “Retro”.
3. Korzystałem z tych wszystkich możliwości bardzo chętnie i intensywnie, codziennie pisząc posty i komentarze, a także tocząc zażarte dyskusje o… w zasadzie chyba o wszystkim, był to bowiem czas, gdy jeszcze na wszystkim się znałem i na każdy temat miałem zdanie. Więcej: zdanie to było na tyle istotne, że ktoś po drugiej stronie kabla uznawał za konieczne, by wejść ze mną w polemikę!
Ja też czułem się w obowiązku, by udzielać odpowiedzi, objaśniać, tłumaczyć błądzącym, jak bardzo błądzą, rekomendować, radzić i polecać, co okazało się pracą satysfakcjonującą, lecz skrajnie czasochłonną – schodziły mi na tym całe dni, ale czułem, że to dobrze spędzony czas. Ze smutkiem przyjąłem konstatację, że oto zmierzch za oknem zapada coraz szybciej, a w kalendarzu pojawił się ostatni dzień września, co zwiastowało konieczność ograniczenia mojej internetowej aktywności.
Oczywiście bardzo chciałbym przytoczyć tu jakieś przykłady tego, czym żyłem i czym żył ówczesny polski internet, ale niestety – mimo najszczerszych chęci – nie jestem w stanie przypomnieć sobie nic konkretnego. Online’owe kłótnie, ciągnące się przez wiele ekranów debaty, nicki adwersarzy i sojuszników, zabójcze puenty w forumowych flejmach, nocne dogrywki tychże na Gadu-Gadu… – wszystko to, choć musiało być dla mnie ważne, zupełnie przepadło w mrokach niepamięci (co przyjmuję dziś z uczuciem ulgi, bo jednak nie byłem najostrzejszą kredką w tym internetowym piórniku i wolałbym siebie tamtego nie znać).
4. Znakomicie pamiętam natomiast, czym tamtego lata żyli moi znajomi, których internet jeszcze tak nie pochłonął. Pierwsze miłości konsumowane na campingu nad jeziorem, wyprawa przepełnionym pociągiem PKP na Przystanek Woodstock i druga, jeszcze dłuższa, do Berlina na Love Parade, bijatyka z dresami po koncercie Paktofoniki, zbyt zapewne brawurowe jak na ówczesne ich umiejętności przejścia w Tatrach (ale wszyscy przeżyli)... – jednak o tych i o wielu innych przygodach dowiedziałem się dopiero w październiku, gdy spotkaliśmy się na uczelni.
Na pytania o to, jak ja spędziłem lato, udzielałem odpowiedzi mętnych i wymijających. A następne wakacje przeżyłem już offline. I z nich pamiętam więcej.
5. Trudno mi powiedzieć, czy żałuję tamtego lata (zapewne gdybym wtedy nie zgłupiał, to później bym nie zmądrzał, więc chyba było to po coś). Ale na pewno żałuję, że nigdy w późniejszym życiu nie miałem czterech miesięcy wolnego.
Czasy też są inne – dzięki smartfonom nie trzeba już wybierać: być na campingu ze znajomymi czy być w internecie, bo można być i tu, i tam jednocześnie. Gdy zerkam na to, co dzieje się w sieci, ale i na to, co dzieje się na plażach czy na górskich szlakach, wiem, że chyba wszyscy z tej możliwości korzystają. Ale, prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy to lepiej.
Ja najlepszą część lata – jak co roku – postaram się spędzić tam, gdzie internet nie sięga. Co już tu polecałem i co nadal polecam.
Przydatny tekst? Postaw kawę autorowi, bo ten newsletter ukazuje się tylko dzięki dobrowolnym wpłatom czytelniczek i czytelników.
Ciekawostka: gdyby każda z osób, które czytają Listy do internetu, wpłacała po lekturze choćby złotówkę, mógłbym pisać tylko tutaj. Ale ponieważ wpłacających jest zdecydowanie mniej (więc ja tym bardziej jestem im wdzięczny!), muszę pisać także mnóstwo innych rzeczy, by przeżyć. A bez kawy nie dam rady.
Na zdjęciu: ja w moim letnim gabinecie, uchwycony w obiektywie córki, która uczy się obsługiwać Polaroida (kiedyś się nauczy). Letni gabinet ma tę zaletę, że ulokowany jest w tzw. pięknych okolicznościach przyrody, co ma z kolei tę wadę, że gwałtownie spada mi w tychże okolicznościach produktywność. Ale i tak w laptopie, poza drobniejszymi pracami, trzymam trzy książki – jedną autorską oraz dwie pod redakcją. Premiera pierwszej już we wrześniu, a już wkrótce będę mógł napisać o niej trochę więcej.
Aha. Zdaję sobie sprawę, że promując redukcję czasu spędzanego online, jestem niekonsekwentny i mało wiarygodny, bo robię to właśnie w internecie. Aby więc i Państwu, i sobie ułatwić oderwanie się od sieci, na wakacyjne miesiące zmniejszam częstotliwość publikacji kolejnych listów do internetu. Te aż do jesieni będą ukazywać się co drugi piątek.
By ich nie przegapić i czytać w dogodnym dla siebie momencie, zalecam bezpłatną subskrypcję prosto do skrzynki pocztowej.
Pozdrawiam i bądźmy w kontakcie ~~
Bartłomiej Kluska



Niezbyt ergonomiczne stanowisko pracy w tym letnim gabinecie, lepiej chyba tego nie promować ;-)
Dla mnie lato 2001 też skrywa jakąś nieuchwytną tajemnicę: byłem już dorosły, dojrzały i samodzielny (tzn. za takiego chciałem się uważać, skończyłem pierwszą klasę liceum), a jednocześnie całe to szczeniackie życie towarzyskie (które wtedy właśnie się rozpoczęło) odbywało się jeszcze w formie analogowej (nie mieliśmy komórek, a internet - przynajmniej w moich kręgach - był jedynie ciekawostką, niewiele znaczącym hobby).
Ale naprawdę nigdzie nie wyjechałeś tamtego lata? Brakowało kasy?, towarzystwa?
Dla mnie lato 2001 to przykry moment, kiedy okazało się, że płacę już pełną stawkę w PKP