Zawód: reporter
Z cyklu "Życie i czasy"
Był rok 2004, gdy po różnych perturbacjach i jakby bez przekonania, ale jednak definitywnie skończyłem studia, stając tym samym przed koniecznością pójścia do tzw. normalnej pracy. Wybór czy oddać duszę korporacji czy urzędowi ułatwiało mi, akurat w czasach mojej zawodowej inicjacji rekordowe dla całej historii III RP, bezrobocie – 20 procent. Nie chcieli mnie ani w korpo, ani w urzędzie. Poza tym miałem złe wzorce osobowe – odkąd przeczytałem Wszystko za życie, pragnąłem być jak Jon Krakauer: wyszukiwać wspaniałe historie i pisać o nich wspaniałe reportaże. Na razie napisałem parę artykułów do punkowych zinów i scenowych discmagów oraz jedno opowiadanie, które ukazało się w sieciowej antologii, współpracowałem z portalem Hoga (honoraria niemal co do złotówki pokrywały mój rachunek za internet), no i magazyn “CD-Action” wydrukował mi esej o starych grach. Z numerem tego ostatniego pod pachą – namacalnym dowodem dziennikarskiego talentu – poszedłem więc do redakcji lokalnego tabloidu. Redaktorzy nawet nie spojrzeli na zacny growy periodyk, ale kazali na następny dzień napisać próbny tekst z miasta. “Katastrofa, proszę to wyrzucić do kosza przy drzwiach” - powiedział naczelny, gdy nazajutrz przyniosłem wstrząsający materiał o trudnym życiu bezrobotnych absolwentów kierunków humanistycznych. “Od poniedziałku pan zaczyna” – dodał, gdy już chciałem wychodzić.
Z wrażenia nie zapytałem o warunki finansowe tej kooperacji. Gdybym to zrobił, prawdopodobnie w poniedziałek nie znalazłbym w sobie motywacji do przyjścia na poranne kolegium, ale przyszedłem i zostałem reporterem miejskim. Jeszcze nie jak Jon Krakauer, ale coraz bliżej – myślałem w kolejnych tygodniach, piętnując swym piórem opóźniające się remonty ulic, wandali smarujących wulgarne napisy na świeżo odmalowanych elewacjach czy problemy z punktualnością lokalnej komunikacji miejskiej (teraz zauważam, że zasadniczo, gdybym wytrwał w zawodzie, wszystkie te tematy mógłbym dziś obrabiać metodą kopiuj/wklej z ówczesnych tekstów).
Praca reportera miejskiego wymagała dyspozycyjności 24 godziny na dobę, więc dość szybko zlała mi się z resztą życia. Gdy wybrałem się na mecz derbowy, na okoliczność którego nasi szalikowcy dokonali brawurowego szturmu na sektor sympatyków rywala, następnie zaś płynnie przeszli do konfrontacji z oddziałami policji i demolowania miasta, od razu napisałem obfitujący w sceny batalistyczne reportaż uczestniczący. Gdy oczekując po prywatce na autobus nocny, zaczepiony przez śródmiejskich rzezimieszków, musiałem wykorzystać umiejętności sprinterskie, by uniknąć istotnego uszczerbku na zdrowiu, rankiem napisałem bezwzględny artykuł interwencyjny, w którym zwracałem uwagę władz i służb na kiepski stan bezpieczeństwa na ulicach. Gdy zaś pewnego grudniowego dnia nie miałem już żadnego pomysłu na to, czym zapełnić ostatnią stronę naszego zacnego periodyku, gdzie zwyczajowo publikowaliśmy tzw. “michałki”, w desperacji wyciągnąłem rower z piwnicy, z ciepłego mieszkania zaś prywatną siostrę, by na zaśnieżonej ulicy zrobić jej zdjęcie przy jednośladzie i napisać o tym, z jakimi wyzwaniami mierzy się zimą dzielna miejska rowerzystka. Do dziś nie wiem, czy siostra w ogóle umie jeździć na rowerze.
Z czasem granica między fikcją a rzeczywistością zacierała mi się coraz bardziej, a zawodowa etyka sięgnęła dna. Gdy po całym dniu dyżuru w redakcji miałem jeszcze zrelacjonować wybory miss mokrego podkoszulka w jakiejś podmiejskiej dyskotece, przemęczony zasnąłem na przystanku i nie dotarłem na to wydarzenie kulturalne. Na szczęście pojechał fotoreporter, tekst więc dopisałem rano z głowy. Nikt się nie zorientował. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, bo rzecz wyszła na jaw wiele lat później, że w swej reporterskiej twórczości koloryzowały i zmyślały takie tuzy tego fachu jak Ryszard Kapuściński czy Jacek Hugo-Bader, ale przecież gdybym wiedział, tym bardziej usprawiedliwiałbym w myślach walczącego o przetrwanie za głodowe wierszówki redaktora Kluskę.
“Głodowe wierszówki” z powyższego akapitu należy zresztą traktować całkiem dosłownie, bo 10 czy 15 zł za tekst, nawet gdy tych tekstów było kilka dziennie, nie wystarczało na jedzenie, więc aby przeżyć, dorabiałem korepetycjami, roznoszeniem ulotek i pisaniem prac zaliczeniowych studentom (o tym ostatnim – bulwersującym i skandalicznym – procederze też zresztą popełniłem materiał do gazety; zwyczajowo nieskory do pochwał redaktor naczelny rzucił mi na korytarzu, że dobrze rozpracowałem to środowisko, tak trzymać, panie Bartku).
Oczywiście na dłuższą metę nie mogłem żyć w ten sposób – zawodowo zdemoralizowany do cna, finansowo niepewny jutra, chwytający kolejne upadlające fuchy – wciąż jednak wierzyłem, że kariera reportera warta jest poświęceń i że wkrótce mój los się odmieni. Wtedy zresztą pojawił się Temat, na który czekałem od początku i który – jak kalkulowałem – miał mnie wynieść do pierwszej ligi lokalnego dziennikarstwa.
Oto bowiem chciwy deweloper, kupiwszy uprzednio za bezcen miejską nieruchomość, pechowo (dla dewelopera) wpisaną do rejestru zabytków (ale przecież dlatego atrakcyjną cenowo), dokonał wpierw zaniedbań, później zaś celowych dewastacji, wskutek czego owa nieruchomość utraciła znaczną część swojej historycznej wartości. Dalsza ścieżka była oczywista i skądinąd wielokrotnie w naszym mieście przecierana – nieruchomość, już nie tak zabytkową jak kiedyś, można było z rejestru wykreślić, potem zburzyć, a uwolniony w ten sposób grunt z dużym finansowym zyskiem zagospodarować np. kolejnym blokiem mieszkalnym. Żeby zaś surowo ukarać winnych i ku przestrodze innym potencjalnym złoczyńcom, na sprawcę zaniechań w takim wypadku nakładano karę finansową, powiedzmy w wysokości kilkuset złotych.
Tym razem jednak do gry wkroczył nieustępliwy redaktor Kluska, przez dobry tydzień wygrzebując z urzędniczych biurek demaskujące ów proceder dokumenty, zadając niewygodne pytania (“przedstawiciel dewelopera odmówił komentarza” – mogłem napisać w ostatnim zdaniu tekstu), prosząc o wypowiedzi ekspertów, a nawet uprawiając nielegalną eksplorację, w nocy zapuściwszy się do rzeczonej nieruchomości celem wykonania zdjęć uszkodzeń. Wszystkie te trudy wynagrodziło mi uczucie zawodowej dumy i moralnego odrodzenia, gdy tekst ukazał się drukiem. To była solidna dziennikarska robota. Może jeszcze nie na Grand Pressa, ale już niewiele brakuje – pomyślałem.
A potem przyszło honorarium. 25 złotych. Brutto. Następnego dnia nie poszedłem do redakcji. Za resztki oszczędności kupiłem bilet lotniczy na Cypr. W jedną stronę. Nawet gdyby było mnie stać na powrotny, i tak bym go nie chciał.
Do kariery reportera prasowego nie wróciłem, choć życie Polaka na Cyprze – gdzie trafiłem m.in. do obozu pracy organizowanego przez polską mafię – byłoby świetnym tematem na reportaż, kto wie, może nawet do “Magazynu Gazety Wyborczej” (scena nocnej ucieczki przez góry Troodos do Nikozji, gdy w jednej ręce ściskam paszport, a w drugiej scyzoryk, i nerwowo patrzę przez tylną szybę jakiegoś przypadkowego autobusu, czy nikt mnie nie goni – nieźle by to wyglądało w tekście, zwłaszcza że tym razem wydarzyło się naprawdę). Ale wtedy, walcząc o przetrwanie na emigracji, nie myślałem o pisaniu.
Kilka lat później, znów w Polsce, spojrzałem na klawiaturę ponownie. To już jednak temat na zupełnie inny tekst. Oczywiście słowo “zawód” w jego tytule mogłoby zostać.
Podobało się? Postaw kawę autorowi. Każde wsparcie jest mile widziane i sprawia, że podobnych artykułów będzie tutaj więcej.
Do zobaczenia i do przeczytania
10 listopada (niedziela) od rana goszczę w Muzeum Historii Komputerów i Informatyki w Katowicach, gdzie będę opowiadał o pradziejach elektronicznej rozrywki w Polsce, a także zawzięcie dyskutował z red. Mateuszem Witczakiem o tym, czy gry wideo to wciąż tylko gry, czy może już coś znacznie poważniejszego. Moje występy to część Dnia z historią i kulturą gier komputerowych, na który serdecznie zapraszam. Więcej informacji w stosownym wydarzeniu na Facebooku.
17 listopada (niedziela) w Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej w Łodzi będę oprowadzał zwiedzających po wystawie Tadeusz Baranowski – śmieszy, tumani, przestrasza, której jestem współtwórcą.
23 listopada (sobota) o godz. 18:00 na Łódzkich Targach Książki razem z red. Piotrem Kasińskim opowiemy o wydawniczej działalności Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej oraz naszych planach i marzeniach związanych z tą sferą.
W serwisie PolskiGamedev.pl opublikowałem duży tekst o Tony: Montezuma’s Gold, czyli znakomitej nowej grze na stare komputery. Warto zwrócić uwagę, że autorzy ww. produkcji wciąż dopisują kolejne rozdziały do mojego artykułu w postaci następnych konwersji, aktualizacji i dodatków.
Tamże uskarżam się na (po)wolne mainstreamowe media, w których gry wideo prawie nie istnieją. Polecam ten felietonik!
Z kolei w serwisie Eurogamer.pl opowiadam o atrakcyjnych czterdziestolatkach, zastanawiając się, dlaczego ośmiobitowe gry nadal przyciągają graczy.
W siódmym numerze magazynu “CD-Action Retro” recenzuję wspomnianą już grę Tony: Montezuma’s Gold oraz opisuję barwną historię firmy Optimus, dawnego giganta polskiego rynku komputerowego. Periodyk ów, dostępny zarówno w formie papierowej, jak i cyfrowej, najlepiej nabyć w oficjalnym internetowym sklepie wydawcy.
Natomiast następny list do internetu wyślę za tydzień. Żeby go nie przegapić, warto subskrybować newsletter – to jest za darmo i zawsze można zrezygnować.



Gratuluję wytrwałości w pisaniu, pomimo takich przygód! Można teraz do nich wracać z przymrużeniem oka, ale do śmiechu wtedy nie było
Kto kończył studia w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych ten w cyrku się nie śmieje🤡