Zepsuty Substack?
TL;DR: A może to ludzie są zepsuci?
1. Po Substacku rozszedł się list otwarty do Christa Besta, CEO platformy (o tym, czemu nie linkuję do źródła, za chwilę). Autor listu ubolewa, że serwis, który dawał przestrzeń eseistom i publicystom oraz miłośnikom ambitniejszej lektury, przez ewolucję funkcji Notes zmienia się w klon Facebooka czy Twittera.
Tam, gdzie wcześniej promowano dłuższe autorskie teksty, teraz pojawiły się krótkie notki, cytaty czy zdjęcia, mocą algorytmu Substacka i lajków wypychane na górę feedu. Pracowałeś, biedny twórco, godzinami czy dniami nad swoim felietonem – żali się autor listu – a po kilku minutach efekt twojej pracy niknie pod stertą generycznego śmiecia rodem z AI, jednozdaniowych refleksji à la Paulo Coelho oraz pułapek na naiwnych typu “Jestem tu nowy, polećcie mi fajne substacki” – wszystkich tych, dobrze znanych z mediów społecznościowych, bzdur, które mają jeden cel: budować zasięgi.
Nie da się ukryć, że jest w tym liście sporo racji, ale nie winiłbym tak bardzo Substacka, ani nawet jego CEO, tylko nas, ludzi.
2. Oczywiście Substack – jeśli korzysta się z tej platformy za pośrednictwem aplikacji lub głównej strony WWW serwisu – zarzuca użytkowników algorytmicznym feedem tzw. Notes. To śmietnik, który jednak (na razie?) można ograniczyć, wybierając zasilanie go wyłącznie postami od obserwowanych osób.
Np. ja publikuję tam głównie linki do tekstów (także spoza Substacka), które wydają mi się ciekawe – można w nie klikać, ale nie trzeba.
Bo można też z Notes nie korzystać wcale i (jeszcze?) odbierać teksty ulubionych autorów za pośrednictwem wybranego klienta poczty elektronicznej lub czytnika RSS – co polecam, jako że są to o wiele wygodniejsze przestrzenie na spokojną lekturę niż kolejna socialmediowa, pełna szumu algorytmów i lajków, apka.
A jeśli ludzie są już tak zepsuci, że wolą – zamiast starego, dobrego e-maila – używać apki, z całym tym apkowym gównem typu Notes, do scrollowania kciukiem, bardziej to świadczy o nich, niż o Substacku.
3. Owszem, system Notes – podobnie jak Facebook, Twitter etc. – może pomóc w odkrywaniu nowych autorów i ciekawych postów, ale jest to atut okupiony ogromnymi stratami czasu i rozumu. Ile slopu i głupot muszę przewinąć paluchem po ekranie, by algorytm wreszcie pokazał mi coś wartego lektury? I czy – będąc w fazie kompulsywnego scrollowania niekończącego się feedu – znajdę w sobie siłę, by zatrzymać kciuk, wyciszyć umysł i uważnie zapoznać z tym, co w długim dopracowanym eseju chce mi przekazać twórca?
A przecież istnieje alternatywa pochodząca jeszcze z czasów, gdy nie potrzebowaliśmy algorytmów dobierających nam treści, bo słuchaliśmy innych ludzi. Ciekawostka: wystarczy klikać w odnośniki! Czytam artykuł na blogu Iksińskiego, który poleca i linkuje felieton Ygrekowskiego, więc wchodzę na newsletter tego drugiego i jeśli jest faktycznie niezły, to też dodaję go do subskrypcji RSS lub e-mail.
Ten system naprawdę działa, co wiem, bo znalazłem tak ponad stu interesujących autorów i żadnego nie polecił mi algorytm. Algorytm też nie musi mi ich tekstów podsuwać pod kciuk i pod oczy (co algorytmy robią przecież wybiórczo i według własnego tajemniczego widzimisię). Codziennie do porannej kawy – jak kiedyś gazetę – otwieram czytnik RSS oraz klienta poczty elektronicznej i od razu widzę, co napisali ludzie, których chcę czytać. To takie proste.
Ale ludzie są tak zepsuci, że nie chce im się samodzielnie szukać i wybierać, wolą więc, by robił to za nich kawałek kodu sterowany przez jakąś szemraną korporację. Myślę, że tracą w ten sposób więcej, niż Substack zyskuje.
4. Zepsuci są niestety także twórcy – uzależnieni od “zasięgów” i porównujący swoje liczby obserwujących. Łaszący się do algorytmów. Publikujący regularnie Notes, bo tak podobno lubi Substack. Wrzucający do social mediów rolki czy zdjęcia, które mają sprawić, że zauważy ich więcej osób. Że ktoś kliknie w magiczny guzik “Follow”.
Trwoniący czas i siły, które mogliby poświęcić np. na pisanie lepszych, wartościowych tekstów. Nie rozumiejący, że tysiąc obserwujących nie oznacza, że tysiąc osób przejmie się ich esejem, ani nawet że tysiąc osób faktycznie go przeczyta.
A przecież istnieje inny sposób, by poinformować świat o tym, że się istnieje i że się pisze. Bardziej ludzki. Naprawdę przeczytać czyjś tekst, skomentować lub wysłać e-mail. Adresat na pewno zauważy ten gest, doceni, kliknie w link, być może poleci swoim odbiorcom. Tamci (patrz punkt wyżej) też zanotują adres kanału RSS. I poniosą wieść o pożytecznych treściach dalej, robiąc to lepiej niż jakikolwiek algorytm.
A tak zdobyci czytelnicy, choć może będzie ich nieco mniej, a ich zdobycie potrwa nieco dłużej, będą bardziej wartościowi niż scrollujący feed substackowi “followersi” z Notes.
5. A żeby uczynić ten obraz ogólnego zepsucia kompletnym, trzeba wspomnieć jeszcze o jednym. Otóż Chris Best, CEO Substacka, zauważył, że list otwarty, którego był adresatem, a który dał początek szerszej dyskusji (w tym również mojemu felietonikowi), powstał… przy użyciu AI (dlatego właśnie nie linkuję, wychodząc z założenia, że nie warto czytać maszynowego slopu).
Oczywiście Best, nabijając się z autora, który nie potrafi pisać samodzielnie, tylko używa LLM-a, ma rację, ale brzmi niewiarygodnie, bo przecież Substack pełen jest tak wygenerowanego syfu. Niemniej autor jakoby broniący ciężko pracujących nad swoimi tekstami twórców, lecz korzystający z narzędzia karmionego treścią ukradzioną tym twórcom, nie jest wcale lepszy. Chłop potem jeszcze się tłumaczył, że wprawdzie list sobie wygenerował, lecz “poglądy są całkowicie jego”. Świetnie, niech spada (ciekawe, czy to tłumaczenie też mu zrobiła AI).
6. Wszystko to nie prowadzi do przesadnie optymistycznych konkluzji. Substack się psuje, bo ludzie są zepsuci i prawdopodobnie już się nie naprawią. Ale nie sądzę, by trzeba było wpadać w desperację.
Róbmy swoje. Piszmy dłuższe teksty, publikujmy je, czytajmy takie napisane przez innych. Nie korzystajmy z LLM-ów, nie patrzmy na zasięgi i nie łaśmy się do algorytmów. Klikajmy w linki. Bądźmy na Substacku, na WordPressie, gdziekolwiek, gdzie sięgają e-mail i przeglądarka WWW. Wciąż jest nas wystarczająco dużo, by miało to sens.
Ciekawy tekst? Możesz odwdzięczyć się kawą. Pamiętaj, że te artykuły powstają tylko dzięki finansowemu wsparciu społeczności czytelników i czytelniczek – grupki niewielkiej, lecz na tyle hojnej, że nadal po napisaniu wszystkiego, co muszę pisać dla pieniędzy, mam jeszcze siłę, by usiąść do klawiatury z myślą o kolejnym liście do internetu.
Z pożółkłych listów
Wprawdzie w miesiącach wakacyjnych zalecam redukcję czasu spędzanego przy ekranie, ale jeśli ktoś z Państwa, np. w okresie niepogody, chciałby poczytać coś więcej na tematy zasygnalizowane w powyższym tekście, proponuję skorzystanie z archiwów mojego newslettera:
w liście Na Substacku albo gdziekolwiek piszę o tym, że warto pisać;
a w liście Nie pisz Chatem, nie bądź głupi apeluję, by robić to samodzielnie;
z kolei w liście Jak liczyć czytelników radzę, by właśnie nie liczyć i nie patrzeć na “zasięgi”;
w liście Jak dobrze czytać twierdzę, że na pewno nie w sterowanej algorytmem, scrollowanej kciukiem aplikacji;
natomiast w liście Jak naprawić internet sugeruję, że doskonałą przestrzenią na świadomą lekturę jest czytnik RSS;
wreszcie – w liście Drogi budują – a iść nie ma dokąd podaję kilka linków wartych kliknięcia, na dobry początek dalszej wirtualnej wędrówki.
A następny list do internetu wyślę już za dwa tygodnie.
Przypominam o moim funduszu kawowym, zalecam subskrypcję e-mailową (przycisk poniżej) i bądźmy w kontakcie!
Bartłomiej Kluska



Myślę, że jako użytkownicy „starego internetu” mamy po prostu alergię na natychmiastową chęć monetyzacji obecności w sieci. Nowe narzędzia sprawiają, że niestety (przynajmniej dla mnie) staje się to zbyt nachalne i prowadzi do coraz dłuższych przerw.
Ojej, fakt listu otwartego gdzieś mi mignął jakiś czas temu, ale o jego niechlubnym rodowodzie dowiaduję się od Ciebie. Jaka to idealna puenta naszych czasów. :)