Nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego, co mogłoby mnie skłonić do lektury wytworów tej pani, nawet przed aferą. Do afery nie wiedziałem kim jest.
Ale też nie jestem w stanie sobie wyobrazić siebie kupującego książkę "youtuberów i innych influencerów". Życie jest jednak krótkie.
Dlatego uznałam, że dopóki influencerzy będą pisać książki, to ja sobie oszczędzę wysiłku. Nie chcę być wrzucana do jednego wora z tego rodzaju publikacjami, tylko dlatego, że oprócz bycia wydawczynią mam duże konto na jednej z platform i niektórym myli się dziennikarka z influencerką.
Zgodzę się z prawie całym tekstem, tylko z samą konkluzją mam problem. Nie kupuj książek influencerów? No niby brzmi rozsądnie, ale z drugiej strony — na mojej własnej półce stoją dwie pozycje, które świecą na czerwono na znak protestu.
Jedna książka to "Abroad in Japan", książka Chrisa Broad(a), który ma popularny kanał na YT opowiadający o Japonii i o jego przygodach w tym kraju. Filmiki są zazwyczaj krótkie i na konkretny temat, a tymczasem książka opowiada o A do Z historię, jak on się w tej Japonii znalazł i co go na początku dziwiło, bawiło i przerażało. Jego brytyjski sarkastyczny styl narracji jest fenomenalny i wciągnął mnie bez reszty. Bardzo polecam.
Druga książka to "The Science of Beauty" napisana przez Dr Michelle Wong, która również jest obecna na YT, Insta, TikToku i wszędzie gdzie się da i głównie walczy z dezinformacją na temat kosmetyków — i robi fantastyczną robotę. A jej książka jest popularnonaukowym kompendium na temat podstaw pielęgnacji skóry, włosów, paznokci, które objaśnia temat w sposób przejrzysty i taki, który niejako ma na celu "zabezpieczenie" czytelnika przed różnymi potencjalnymi typami dezinformacji. Wykonała świetną robotę.
Dlatego o ile całkowicie podpisuję się pod apelem, by nie kupować książek napisanych na kolanie i zredagowanych wyłącznie przez Grammarly, gdzie zdecydowanie więcej energii poszło w marketing aniżeli w tworzenie samego produktu... to jednak zaryzykuję twierdzenie, że w "Internetach" jest nadal wiele osób, które warto obserwować i wspierać. I które nadal dbają o jakość tego, pod czym się podpisują.
Przypisy są mile widziane nawet w nienaukowych książkach, artykułach. Bo przecież jak ktoś pisze np. o nauce czy konkretnych zagadnieniach z historii czy kultury i jednak jego praca ma na celu jakiś temat przybliżyć, wyjaśnić, to dobrze jest to czymś podeprzeć. Sprawa z Opolską to jakieś kuriozum, ale jak widzę książkę popularnonaukową i nie ma tam przypisów, to nawet do niej nie sięgam, bo ma dla mnie zerową wartość. Trochę się tego ludzi oducza, że w internecie wszystko niemal bez przypisów, odnośników i nawet nie ma refleksji, że może warto weryfikować informacje. Buduje jednak afera z Opolską w tym, że ludzie są wyczuleni teraz na użycie AI i znajdą się tacy, co będą takich rzeczy pilnować :)
Hej, może jedynym pozytywnym efektem tej afery będzie refleksja nad rolą przypisu w tekście - po co jest, jak go poprawnie skonstruować itd. No i autorzy / redaktorzy / wydawcy zaczną przed skierowaniem książki do druku sprawdzać, czy nie ostała się gdzieś fraza źródło=ChatGPT :).
„ Publicystyka zaś nie wymaga podpierania się przypisami.” ale ich brak to jednak rozczarowanie. Czytam książkę Michała Pisarskiego (nawet spoko) i niecała strona z przypisami to…
Co do rynku książki to dwa świeże przykłady to „Ewangelia wellnessu” i „Zostań na chwilę i posłuchaj”. W drugim przypadku widać, że tłumaczka średnio ogarnia dyskurs growy i zabrakło uważnej redakcji (dziwne określeniach dla rzeczy które od dawna funkcjonują w polskim pisaniu o grach). Pierwszy przypadek to spore rozczarowanie (już książka jest rozczarowaniem w kontekście poziomu serii amerykańskiej). Liczba baboli językowych jest zupełnie nieprzystająca do tego co Wydawnictwo Czarne wcześniej robiło. Czytam aktualnie „Kierunek księżyc” wydany u nas w 2001 i nowe pozycje wypadają przy nim słabo. Płynne tłumaczenie to jedno. Porządna konsultacja merytoryczna to drugie. Nie chcę iść w kierunku kiedyś to było, ale jednak coraz częściej szkoda mi wydawać pieniędzy na nowe pozycje widząc w jakim pośpiechu były wypuszczone.
To mi przypomina historię, jak jakaś aktorka czy celebrytka narzekała, że Wikipedia odrzuca jej próbę aktualizacji jej własnego życiorysu o rozwód, który się niedawno odbył, bo nie miała żadnych źródeł na poparcie tego faktu ;)
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego, co mogłoby mnie skłonić do lektury wytworów tej pani, nawet przed aferą. Do afery nie wiedziałem kim jest.
Ale też nie jestem w stanie sobie wyobrazić siebie kupującego książkę "youtuberów i innych influencerów". Życie jest jednak krótkie.
Dlatego uznałam, że dopóki influencerzy będą pisać książki, to ja sobie oszczędzę wysiłku. Nie chcę być wrzucana do jednego wora z tego rodzaju publikacjami, tylko dlatego, że oprócz bycia wydawczynią mam duże konto na jednej z platform i niektórym myli się dziennikarka z influencerką.
Zgodzę się z prawie całym tekstem, tylko z samą konkluzją mam problem. Nie kupuj książek influencerów? No niby brzmi rozsądnie, ale z drugiej strony — na mojej własnej półce stoją dwie pozycje, które świecą na czerwono na znak protestu.
Jedna książka to "Abroad in Japan", książka Chrisa Broad(a), który ma popularny kanał na YT opowiadający o Japonii i o jego przygodach w tym kraju. Filmiki są zazwyczaj krótkie i na konkretny temat, a tymczasem książka opowiada o A do Z historię, jak on się w tej Japonii znalazł i co go na początku dziwiło, bawiło i przerażało. Jego brytyjski sarkastyczny styl narracji jest fenomenalny i wciągnął mnie bez reszty. Bardzo polecam.
Druga książka to "The Science of Beauty" napisana przez Dr Michelle Wong, która również jest obecna na YT, Insta, TikToku i wszędzie gdzie się da i głównie walczy z dezinformacją na temat kosmetyków — i robi fantastyczną robotę. A jej książka jest popularnonaukowym kompendium na temat podstaw pielęgnacji skóry, włosów, paznokci, które objaśnia temat w sposób przejrzysty i taki, który niejako ma na celu "zabezpieczenie" czytelnika przed różnymi potencjalnymi typami dezinformacji. Wykonała świetną robotę.
Dlatego o ile całkowicie podpisuję się pod apelem, by nie kupować książek napisanych na kolanie i zredagowanych wyłącznie przez Grammarly, gdzie zdecydowanie więcej energii poszło w marketing aniżeli w tworzenie samego produktu... to jednak zaryzykuję twierdzenie, że w "Internetach" jest nadal wiele osób, które warto obserwować i wspierać. I które nadal dbają o jakość tego, pod czym się podpisują.
Skutecznie wyleczyłeś mnie od przeczytania książki (niestety już kupionej) Kardysa, Masnego.
A ja właściwie cieszę się z tej aferki. Od razu dodałam więcej źródeł i sprawdziłam każde dokładnie żeby też nie tworzyć fajkowych treści :)
Przypisy są mile widziane nawet w nienaukowych książkach, artykułach. Bo przecież jak ktoś pisze np. o nauce czy konkretnych zagadnieniach z historii czy kultury i jednak jego praca ma na celu jakiś temat przybliżyć, wyjaśnić, to dobrze jest to czymś podeprzeć. Sprawa z Opolską to jakieś kuriozum, ale jak widzę książkę popularnonaukową i nie ma tam przypisów, to nawet do niej nie sięgam, bo ma dla mnie zerową wartość. Trochę się tego ludzi oducza, że w internecie wszystko niemal bez przypisów, odnośników i nawet nie ma refleksji, że może warto weryfikować informacje. Buduje jednak afera z Opolską w tym, że ludzie są wyczuleni teraz na użycie AI i znajdą się tacy, co będą takich rzeczy pilnować :)
Hej, może jedynym pozytywnym efektem tej afery będzie refleksja nad rolą przypisu w tekście - po co jest, jak go poprawnie skonstruować itd. No i autorzy / redaktorzy / wydawcy zaczną przed skierowaniem książki do druku sprawdzać, czy nie ostała się gdzieś fraza źródło=ChatGPT :).
„ Publicystyka zaś nie wymaga podpierania się przypisami.” ale ich brak to jednak rozczarowanie. Czytam książkę Michała Pisarskiego (nawet spoko) i niecała strona z przypisami to…
Co do rynku książki to dwa świeże przykłady to „Ewangelia wellnessu” i „Zostań na chwilę i posłuchaj”. W drugim przypadku widać, że tłumaczka średnio ogarnia dyskurs growy i zabrakło uważnej redakcji (dziwne określeniach dla rzeczy które od dawna funkcjonują w polskim pisaniu o grach). Pierwszy przypadek to spore rozczarowanie (już książka jest rozczarowaniem w kontekście poziomu serii amerykańskiej). Liczba baboli językowych jest zupełnie nieprzystająca do tego co Wydawnictwo Czarne wcześniej robiło. Czytam aktualnie „Kierunek księżyc” wydany u nas w 2001 i nowe pozycje wypadają przy nim słabo. Płynne tłumaczenie to jedno. Porządna konsultacja merytoryczna to drugie. Nie chcę iść w kierunku kiedyś to było, ale jednak coraz częściej szkoda mi wydawać pieniędzy na nowe pozycje widząc w jakim pośpiechu były wypuszczone.
W przypadku rynku książki "kiedyś to było" to fraza uzasadniona we wszystkich możliwych kontekstach.
Jestem naprawdę, naprawdę zmęczony. [1]
[1]: Oppeln-Bronikowski Emil, 2025, „Jak kurwa jestem zmęczony”
To mi przypomina historię, jak jakaś aktorka czy celebrytka narzekała, że Wikipedia odrzuca jej próbę aktualizacji jej własnego życiorysu o rozwód, który się niedawno odbył, bo nie miała żadnych źródeł na poparcie tego faktu ;)
Szukałem ww. publikacji w katalogu Biblioteki Narodowej i nie było. Kolejny fejkowy przypis, to już plaga.
Żeby zalogować się do substacka musiałem rozwiązać CAPTCHę, czyli udowodnić że nie jestem robotem :D
Toż to dyskryminacja! To już taki robot czy android nie może sobie Kluski poczytać?
Już nawet Substack - jeden z ostatnich bastionów ludzkiego pisania w internecie - wątpi w nasze człowieczeństwo.