Źródło=AI
Jak nie pisać
1. W przypisach książki Karoliny Opolskiej Teoria spisku czyli prawdziwa historia świata (wydawnictwo Harde) czujni czytelnicy dopatrzyli się licznych odniesień do tekstów, które nie istnieją.
Autorka i wydawca publikują kolejne oświadczenia, w których piszą np. o “błędzie technicznym”, ale sprawa jest nie do obrony. Ktoś podał w przypisie wymyślone książki (m.in. Historię cywilizacji słowiańskiej Witolda Kuli) i być może zrobił to człowiek (sama Opolska? nadgorliwy redaktor?), lecz to bardzo mało prawdopodobne. Ludzie wprawdzie się mylą, ale popełniają innego rodzaju błędy, np. robiąc literówki w nazwiskach czy przekręcając rok wydania publikacji. A wymyślanie nieistniejących, choć brzmiących wiarygodnie tytułów to raczej domena mającego skłonność do “halucynacji” Chata GPT.
2. Najśmieszniejsze w całej sprawie jest dla mnie to, że w książce Opolskiej przypisów mogłoby w ogóle nie być!
Przypisy to wymóg rozpraw naukowych, do tego żmudny i będący owocem mrówczej wręcz pracy, ale męczą się z nimi badacze – od magistrantów i doktorantów po sędziwych profesorów. Przy czym co bardziej biegli komputerowo naukowcy od lat wykorzystują różne aplikacje do zarządzania bibliografią, które pozwalają proces ten nieco zautomatyzować i np. hurtem przerobić przypisy na styl oksfordzki, jeśli takiego akurat wymaga wydawnictwo.
Ale Teoria spisku to nie jest rozprawa naukowa, wydrukowana przez wydawnictwo uniwersyteckie, lecz książka publicystyczna (sama Opolska też przedstawia się jako dziennikarka). Publicystyka zaś nie wymaga podpierania się przypisami.
Po co więc autorce przypisy w książce publicystycznej? Myślę, że po to, by dodać sobie naukowej powagi i akademickiego prestiżu oraz wzmocnić własne rozważania głosem autorytetów. By poudawać, że dziennikarskie pisanie jest czymś więcej niż dziennikarskim pisaniem (jakby publicystyka była czymś niewystarczającym i gorszym).
No i wyszło, jak wyszło.
3. A warto podkreślić, że przypisy nie są po to, by podbudowywać ego autora, ale po to, by czytelnik mógł pogłębić swoją wiedzę, a inni badacze w przyszłości łatwiej podążyli naukowym tropem poprzednika, w konsekwencji rozwijając jego myśl i podnosząc stan nauki na świecie.
Tu – w wyniku czyjegoś intelektualnego lenistwa – czytelnicy i badacze trafią co najwyżej na nieistniejącą książkę Witolda Kuli i liczne równie fałszywe drogowskazy.
4. Dlaczego piszę o lenistwie? Otóż stowarzyszenie Demagog, poza licznymi innymi uchybieniami, odszukało w pracy Karoliny Opolskiej także przypis zawierający frazę “?utm_source=chatgpt.com”, dość jednoznacznie wskazującą, kto wygenerował ten link.
Tydzień temu wspominałem, że trzy przygotowane w ten sam sposób przypisy znalazłem w książce Wojtka Kardysia Homo digitalis.
Ciekawostka: bystry autor, chcący ukryć fakt chodzenia na skróty, frazę taką może z przypisu usunąć, a odnośnik i tak pozostanie prawidłowy. Autor nieco bardziej leniwy może poprosić o takie operacje na przypisach edytor tekstu lub nawet narzędzia AI.
Dopiero autor leniwy tak bardzo, że nawet nie czyta własnego tekstu, błąd tego rodzaju przepuści.
Na marginesie: Marcin Wilkowski na blogu hum/dev dowodzi, że takich leniuszków da się znaleźć również w środowiskach naukowych!
5. Oczywiście zarzuty można by kierować także pod adresem redaktorów i wydawców, lecz wtedy musielibyśmy te rozważania poszerzyć o ogólną sytuację na rynku książki (cięcie kosztów, pośpiech, przedkładanie walorów promocyjnych nad jakość itp.).
Ale nikogo nie usprawiedliwiam. Jeśli ktoś wydaje prace jakichś celebrytów, ekspertów z internetu czy innych youtuberów i myśli, że pisania takich ludzi nie trzeba dokładnie sprawdzać, to sam jest sobie winien.
6. Rada dla tego typu autorów: książka to nie jest podcast, konferencyjna prezentacja albo rolka na Instagrama, i wymaga innych kompetencji. Nie każdy, kto jest dobry w YouTube’a, podoła dłuższej wypowiedzi pisemnej. Jeśli nie umiesz albo musisz wspomagać się AI, to po prostu nie pisz.
A jeśli już musisz napisać, niech pomoże ci researcher lub ghostwriter albo przynajmniej jakiś głodujący doktorant czy habilitant sprawdzi przypisy (to nie są drogie usługi, a ty się nie skompromitujesz). No i dogadaj się z dobrym wydawcą, który uczciwie płaci zaangażowanym w swoją pracę redaktorom.
Oczywiście z powyższych rad nikt nie skorzysta, dlatego jeszcze jedną sugestię kieruję do czytelników: nie kupujcie książek youtuberów i innych influencerów. Pomyślcie, że jeśli – sami lub z pomocą Chata GPT – wypisują takie bzdury w przypisach, to prawdopodobnie w tekście głównym nie jest lepiej!
Przydatny tekst? Wesprzyj autora kawą!
Pamiętaj, że Listy do internetu – co tydzień udostępniane za darmo wszystkim chętnym – powstają tylko dzięki finansowemu zaangażowaniu czytelników.
Z góry dziękuję za każdą pomoc.
Ilustracja została wygenerowana przez AI, bo nie umiem rysować, ale z tekstami idzie mi lepiej, więc ten, podobnie jak wszystkie inne mojego autorstwa, powstał bez pomocy tego typu narzędzi.
A następny newsletter subskrybenci otrzymają już w najbliższy piątek.



Jestem naprawdę, naprawdę zmęczony. [1]
[1]: Oppeln-Bronikowski Emil, 2025, „Jak kurwa jestem zmęczony”
Przypisy są mile widziane nawet w nienaukowych książkach, artykułach. Bo przecież jak ktoś pisze np. o nauce czy konkretnych zagadnieniach z historii czy kultury i jednak jego praca ma na celu jakiś temat przybliżyć, wyjaśnić, to dobrze jest to czymś podeprzeć. Sprawa z Opolską to jakieś kuriozum, ale jak widzę książkę popularnonaukową i nie ma tam przypisów, to nawet do niej nie sięgam, bo ma dla mnie zerową wartość. Trochę się tego ludzi oducza, że w internecie wszystko niemal bez przypisów, odnośników i nawet nie ma refleksji, że może warto weryfikować informacje. Buduje jednak afera z Opolską w tym, że ludzie są wyczuleni teraz na użycie AI i znajdą się tacy, co będą takich rzeczy pilnować :)