Byłem lifterem
Z cyklu “Życie i czasy”
1. Rok 2003, środek lata. Siedzę w parku na ławce i czytam Limes inferior Janusza A. Zajdla. W scenie otwierającej powieść główny bohater, Sneer, leży na łódce i próbuje dociec istoty szczęścia, co prowadzi go do wniosku, że leżenie na łódce, wyciąganie twarzy ku słońcu, wsłuchiwanie się w rytm fal i nieprzejmowania upływem czasu, jakiego właśnie doświadcza, całkiem dobrze spełnia definicję szczęśliwego życia. Konstatacja ta wiedzie bohatera do wyprowadzenia równania, które wówczas przyjmuję za swoje credo:
Czyż bowiem tak trudno dociec oczywistej prawdy, którą on, Sneer, wykoncypował dawno temu, jeszcze jako student: przecież czas to po prostu życie. Życie jest skończonym kawałkiem czasu, który został ci podarowany jak czysta kartka do pokolorowania, zabazgrania albo zmięcia i wyrzucenia do kosza na śmieci (…). Skoro zaś oba te pojęcia – czas i życie – sprzężone są tak nierozerwalnie, że w skali jednego ludzkiego bytu oznaczają wręcz to samo, wynika stąd, iż „wolny czas” oznacza „wolne życie”.
Kiwam głową z uznaniem, kończę rozdział, chowam książkę do plecaka i ruszam do pobliskiej biblioteki. Ze Sneerem łączą mnie nie tylko przekonania, ale też profesja. Obaj jesteśmy lifterami.
2. Podstawą organizacji społeczeństwa opisanego przez Zajdla są klasy, przynależność do których określa inteligencja, tę zaś potwierdzają egzaminy. Wyższa klasa to większe możliwości zawodowe, a w konsekwencji zarobki i życiowe perspektywy. Kto chciałby poprawić swoją klasę, a niekoniecznie ma predyspozycje intelektualne, by zdać stosowny egzamin, korzysta z nielegalnych usług Sneera, który wspiera takie aspiracje, “liftując” delikwenta w potrzebie.
Rzecz ciekawa, że świat z powieści science-fiction napisanej dwie dekady wcześniej znajduje w tym aspekcie swoje bardzo wierne odzwierciedlenie w realiach Polski początku XXI wieku. Polacy z jakichś powodów wierzą, że kluczem do życiowego sukcesu jest wykształcenie wyższe, masowo więc zapisują się na studia. Na społeczne zapotrzebowanie odpowiadają liczne uczelnie państwowe i prywatne. Zwłaszcza te drugie przyjmują wszystkich chętnych skłonnych opłacać czesne, większość zaś podejmujących tę próbę dociera do ostatniego etapu edukacji. Napisania pracy.
I tu pojawia się problem. Przynajmniej w naukach humanistycznych i społecznych, gdzie podstawą ewaluacji postępów studenta są egzaminy opierające się na pamięciowym opanowaniu zadanego materiału. A naukę tzw. metodą “trzech zet” (zakuć, zdać, zapomnieć) studenci świetnie znają przecież z edukacji na poziomie podstawowym i średnim, więc z mniejszym lub większym trudem radzą sobie i tutaj. Zakuwają i zdają. Do czasu.
Tym bowiem, czego studia, nawet na kierunkach humanistycznych i społecznych, zupełnie nie uczą, jest konstruowanie wypowiedzi pisemnych. Coś znaleźć w bibliotece i archiwum, przeczytać to ze zrozumieniem, wyciągnąć wnioski, przepisać swoimi słowami, konstruować zdania, które utworzą akapity, te zaś rozdziały, które z kolei złożą się na całość pracy licencjackiej lub magisterskiej, ogarnąć ortografię i interpunkcję… – są to wszystko zadania ponad siły przeciętnego studenta piątego roku.
3. W odpowiedzi na społeczne zapotrzebowanie pojawiają się więc lifterzy, jak u Zajdla, wspierający edukacyjne aspiracje społeczeństwa w zakresie wykształcenia wyższego. Ghostwriterzy, którzy potrafią napisać kilkadziesiąt lub kilkaset stron na dowolny temat. Młodzi naukowcy. Nauczyciele o niskich pensjach. Początkujący dziennikarze. Yours truly.
Spotykamy się w bibliotekach i archiwach, w poszukiwaniu wiedzy, materiałów i przypisów. Przy okazji wymieniamy tematami i klientami. Ktoś opowiada, że zadzwonił do niego z prośbą o pomoc student Wyższej Szkoły Policji, więc kolektywnie zastanawiamy się, czy to desperacka próba policyjnej prowokacji czy faktycznie przyszły stróż prawa potrzebuje wsparcia w uzyskaniu stopnia oficerskiego (jako wywodzący się z szemranych łódzkich Bałut łobuziak, sztywniutko doradzam, by z tą akurat grupą zawodową nie współpracować). Inny ghostwriter wspomina polonistę, który dojechał do piątego roku tych prestiżowych studiów z praktycznie zerową znajomością rodzimej ortografii i interpunkcji – wspólnie próbujemy przerobić jego pisemne strumienie świadomości na coś, co choć w zarysie przypominałoby tekst w języku polskim i staramy się nie myśleć, jakie ów polonista in spe wystawia świadectwo naszemu systemowi edukacji.
Ja z kolei opowiadam kolegom-lifterom, że jeden z moich podopiecznych – pod wpływem artykułu przeczytanego w kolorowej gazecie – jako temat swojej pracy magisterskiej wskazał zagadnienie z historii Afryki, na co promotor, zachwycony tak oryginalnym pomysłem, ochoczo przystał. Żaden z nich niestety nie sprawdził, że rzeczony artykuł to jedyny dostępny w języku polskim materiał o wyżej wzmiankowanym zagadnieniu, a student nie zna języka obowiązującego w tymże kraju i nie ma żadnych perspektyw na wyjazd oraz kwerendę w afrykańskich archiwach (ja też nie znam i nie mam, ale wymęczę gamoniowi czwórkę z minusem).
4. Czasem nasze badawcze ścieżki przecinają się z zacnymi profesorami i doktorami, dla których – pośrednio – piszemy. Oni oczywiście znają swoich studentów i wiedzą, czego ich nie nauczyli, świetnie więc zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje. Ale choć oficjalnie stroszą się i oburzają, po cichu akceptują sytuację. Nie dziwię się – żacy, których kształcą, to także ich wizytówka, lepiej więc, by podostawali te licencjaty i magisterki. Inaczej może okazałoby się, że zacni uczeni źle pracują dydaktycznie, a akademia, którą stworzyli, jest fikcją.
Zresztą system, choć bezsensowny, naprawdę działa, a dyplom uczelni często faktycznie okazuje się przepustką do kariery – mam wśród podopiecznych licznych późniejszych pracowników korporacji na kierowniczych stanowiskach, urzędników państwowych wyższego szczebla, a nawet jednego radnego.
5. Sam – na szczęście – nie zrobię kariery w żadnej z wymienionych wyżej branż, lecz dzięki byciu lifterem dokształcę się i rozwinę w dziedzinach takich jak filozofia, socjologia, etnologia czy gospodarka przestrzenna. Najgorzej, w myśl powiedzenia o szewcu, co chodzi bez butów, idzie mi oczywiście własna magisterka – jakoś nie mogę się zmusić do pisania za darmo. Ale komercyjnie nie odpuszczam żadnego tematu, spędzam w bibliotekach całe dnie i w końcu – paradoksalnie – zapominam o równaniu Sneera: wolny czas = wolne życie.
Uczę się – i są to dla mnie cenne życiowe lekcje – że mogę napisać wszystko, lecz nie zawsze jest to przyjemne, bo akademickie, wypełnione specjalistycznym żargonem i przypisami, narracje bywają męczące w produkcji. Życie w bardzo przewrotny sposób spełni więc moje marzenie o utrzymywaniu się z pisania, profesję liftera jednak ostatecznie porzucę w poszukiwaniu tzw. normalnej pracy.
Co okaże się bardzo kiepskim pomysłem i co wspominałem w tekstach Zawód: reporter oraz Reportaż, którego nie napisałem.
Wtedy nie wiem jeszcze, że akademicki ghostwriting, czyli zajęcie może niezbyt chwalebne, to w moim życiu jedyny moment, gdy zarobię na pisaniu naprawdę przyzwoite pieniądze.
A Limes inferior oraz Paradyzję Janusza A. Zajdla lubię do dziś. Właśnie obchodzimy 40. rocznicę śmierci tego znakomitego autora, warto więc choćby z tej smutnej okazji przypomnieć sobie jego powieści.
Ciekawy tekst? Możesz odwdzięczyć się kawą. Pamiętaj, że to finansowe wsparcie czytelników sprawia, że powstają kolejne listy do internetu.
Przypominam też, że gdy czytają Państwo te słowa, ja prawdopodobnie wędruję pasterskimi ścieżkami po górach na końcu świata, nie mam dostępu do prądu oraz zasięgu telefonii komórkowej, za to mam namiot, plecak i – po raz pierwszy od dawna – poczucie, że wszystko jest ok.
Na korespondencję odpowiem po powrocie do cywilizacji, zaś dzięki magii Substacka następny mój list do internetu sam wyśle się do subskrybentów już za dwa tygodnie. Do przeczytania!
Na platformie Allegro wciąż można kupić komiksowy album mój (scenariusz) i Tomka Kleszcza (rysunki), na który składają się nasze fanfiki do popularnych gier wideo. Jako że uważam to wydawnictwo za jedno z ciekawszych w całej mojej twórczości, jestem też bardzo ciekaw Państwa opinii na jego temat. Bądźmy w kontakcie!




"Najgorzej, w myśl powiedzenia o szewcu, co chodzi bez butów, idzie mi oczywiście własna magisterka – jakoś nie mogę się zmusić do pisania za darmo."
Gdyby tylko istniała usługa pozwalająca zlecić komuś innemu napisanie... ;)
Dobry tekst, przywołał moje wspomnienia z czasów studiów.
Książki niestety nie czytałem, dzięki za jej przywołanie. W roku 2003 pisałem swoją magisterkę, a w 2025 z kolei kilka prac zaliczeniowych oraz pracę końcową na studiach podyplomowych. Jako że konstruowanie wypowiedzi pisemnych od zawsze lubię, robiłem to oczywiście samodzielnie - bardzo zdziwiony z początku tym, że inni studenci AD 2025 w zdecydowanej większości posiłkują się GenAI na każdym etapie - od pomysłu, przez research, pisanie i ostateczną redakcję tekstu - jako współczesnym, dostępnym dla każdego lifterem. I skończyło się tak, że z uwagi na brak czasu / deadline'y itp. i ja również sporo elementów procesu powierzyłem AIsystentowi... Trochę to było dla mnie smutne i uwłaczające - tak zawierzyć maszynie w czymś, co zawsze robiłem z dużą satysfakcją - niemniej na pocieszenie mogę stwierdzić, że mimo oddania części pracy w "ręce" GenAI proces pisania nadal w dużej mierze pozostaje mój :)