Dzięki, Ozzy
Z cyklu Bezdyskusyjny Klub Filmowy
1. Właśnie zostało zamkniętych pięć głównych kanałów MTV, więc mógłbym tu napisać łzawy nekrolog (bo mam przecież, jak każdy, kogo młodość przypadła na lata 90., mnóstwo znakomitych wspomnień związanych z tą telewizją) i zastanawiać się, czy stacja emitująca teledyski w epoce YouTube’a miała sens (TL;DR: jasne, że nie miała).
Ale prawda jest taka, że MTV zdecydowała się popełnić samobójstwo jeszcze przed erą internetowego wideo, na początku XXI wieku. Jakby zapominając o literce “M” w swojej nazwie, odeszła wówczas od tematów muzycznych na rzecz rozmaitych, zazwyczaj skrajnie głupich (na ciebie patrzę, Pimp My Ride) reality show.
2. Oczywiście MTV nie były tutaj wyjątkiem, a audycje tego typu zdominowały wówczas ramówki wielu stacji (tu przykładem niech będzie arcypopularny, dzięki TVN również w Polsce, Big Brother). Co miało dwa istotne i bardzo negatywne skutki społeczne.
Po pierwsze, reality show zatarło wielu ludziom granice między tym, co jest wyreżyserowanym przez twórców show, a co jednak najprawdziwszą reality. Naturalnie już wcześniej zdarzali się telewidzowie, którzy Krzysztofa Stockingera tytułowali doktorem Lubiczem (bo taką postać aktor odtwarzał w serialu Klan), ale był to jednak intelektualny margines, a telewizje raczej klarownie separowały fikcję od rzeczywistości.
Reality show przestały te sfery rozdzielać – kłamali zarówno organizatorzy, poprzez selektywny montaż czy zabiegi inscenizacyjne, jak i sami uczestnicy, niby autentyczni, ale przecież odgrywający narzucone im role. A to sformatowało odbiorców pod dzisiejszy internet, gdzie weryfikowalna prawda nie jest już nikomu do niczego potrzebna.
Po drugie, to w audycjach tego typu zaczęto promować postaci i sytuacje głupie, a z czasem po prostu idiotyczne. A gdy okazało się, że im bardziej głupio, tym lepiej, Big Brothera zastąpił Bar, później pojawiło się Warshaw Shore itd. Zaś do ludzi, zwłaszcza młodych, poszedł przekaz, że nie trzeba być znanym z czegoś wartościowego, a rozpoznawalność może być celem samym w sobie.
Jak miało się okazać, była to krótkowzroczna polityka programowa, bo jednak wszystkiego w telewizji pokazać się nie da, a w internecie już tak. W efekcie widownia reality show – nad której zidioceniem od lat pracowały stacje telewizyjne – płynnie przeniosła się na sieciowych influencerów i patostreamerów. A tam rzeczy takie jak stosunek seksualny w jacuzzi, który po emisji na antenie TV wzbudził protesty i oburzenie telewidzów, to już byłaby zupełnie niewinna igraszka.
Można więc chyba uznać, że produkując reality show, a więc dewaluując prestiż medium i ogłupiając widzów, stacje telewizyjne zaczęły kopać sobie grób – i jest w tym (jak rzadko) pewna dziejowa sprawiedliwość.
3. Natomiast w całym gąszczu audycji fatalnych, w pierwszej dekadzie XXI wieku jedna rzecz się MTV udała – The Osbournes. Reality show zbudowane na kontraście wizerunku “księcia ciemności”, Ozzy’ego Osbourne’a, byłego lidera heavymetalowego Black Sabbath, i jego bezradnością w roli głowy dość ekscentrycznej rodziny oraz sprawach codziennych.
Oczywiście, było tam trochę igrania z fikcją (np. pominięcie w opowieści faktu, że w domu mieszkała jeszcze jedna córka artysty, która nie chciała występować przed kamerami) i być może zbędna, stanowiąca wypełniacz czasu antenowego powtarzalność motywów (jak wybuchy gniewu Ozzy’ego w sprawie nadmiaru zwierząt domowych). Ale w tym niekiedy zbyt mocno dążącym w kierunku sitcomu serialu pojawiały się przecież i wątki bardzo poważne – kłopoty zdrowotne małżonków czy (co jest tutaj intrygującą metanarracją) refleksje nad ceną sławy i utratą prywatności.
Całość nieco już trąci myszką, ale można (choć nie trzeba!) ją zobaczyć w oryginale za darmo w serwisie YouTube lub w polskim tłumaczeniu pobrać z Chomika (o czym wspominam, bo nawet gdyby ktoś chciał autorom zapłacić, to nie da się tych nagrań nigdzie kupić).
4. W jednym z serwisów VOD można natomiast – i należy – obejrzeć zupełnie nowy film dokumentalny Ozzy Osbourne: No Escape from Now, w którym bardzo już sędziwy i schorowany artysta próbuje zorganizować i zagrać ostatni w życiu koncert Black Sabbath.
W filmie Jack Black wspomina o The Osbournes jako o prawdopodobnie najstraszniejszej rzeczy, jaką w życiu zrobił Ozzy, ale nawet jeśli wtedy coś popsuł (a mogło tak być – przecież na fali popularności jego serialu powstały analogiczne produkcje np. o rodzinie Kardashian czy naszym Michale Wiśniewskim), to teraz zdołał te winy zmazać po wielokroć.
W No Escape from Now trudno mówić o show, gdy sukcesem jest już wstanie z łóżka i wyjście do ogrodu, a finał tej opowieści, gdyby pokazać go w filmie fabularnym, uznany byłby za nadmiernie łzawy i przesadzony. Ale to przecież najprawdziwsza rzeczywistość. Taką właśnie, napisaną przez życie, zupełnie nietelewizyjną reality lubię. Polecam serdecznie.
Ciekawy tekst? Możesz odwdzięczyć się kawą! Newsletter pisany jest nocami, gdy biedny, zmęczony i chronicznie niewyspany autor napisze już wszystko to, co pisze dla pieniędzy, więc bez kawy nie da rady!
Proszę pamiętać, że listy do internetu są darmowe i powstają tylko dzięki dobrowolnemu wsparciu społeczności.
Z pożółkłych listów
W poprzedniej edycji Bezdyskusyjnego Klubu Filmowego pisałem o Więcej czadu.
Z pamiętnika pisarczyka
Gdy napisałem o Bóg techach Sylwii Czubkowskiej, że to książka znakomita, ale jednak przygnębiająca bezradnością (nas wszystkich) wobec potęgi psujących świat korporacji technologicznych, autorka odpowiedziała (na Facebooku, więc nie linkuję):
(...) faktycznie, w ostatnich dniach co chwilę konstatuję z goryczą: ludzie czytają, kupują, przychodzą na spotkania, wrzucają zdjęcia, piszą, że książka „otwiera oczy”… a potem business as usual. Na konferencjach trwa mizianko z lobbystami albo z ludźmi, którzy bezrefleksyjnie – jak pożyteczni idioci – wspierają agendy korporacji.
(...) Aż nagle napisała do mnie duża organizacja pracująca z dziećmi, pytając, czy wsparłabym ich konferencji. Bardzo starając się nie zabrzmieć ostro, odpisałam pytając, czy korporacje będą wśród sponsorów. W odpowiedzi dostałam: „Żadnych big techów, już się nauczyliśmy”.
Wiem, to jednostkowe. Ale od jednostkowych zmian wszystko się zaczyna.
Zróbmy z tej myśli dobrą wróżbę na 2026.
**
Z Sylwią Czubkowską mam też takie wspomnienie, że dawno, dawno temu przeczytałem jej artykuł z “Dziennika Gazety Prawnej”, poświęcony historii systemu PESEL. “Co za świetna historia!” – to była moja pierwsza myśl, bo faktycznie opowieść ta łączyła wątki ściśle informatyczne z zupełnie sensacyjnymi, jako że dane o obywatelach zbierało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych PRL, a w tych samych strukturach funkcjonowała przecież złowroga Służba Bezpieczeństwa.
Druga moja myśl brzmiała więc: “Ciekawe, co na ten temat mają w archiwach IPN?”, a ponieważ mieli bardzo dużo, pięć lat później, po przejrzeniu tysięcy teczek, przeczytaniu dziesiątek książek i setkach godzin rozmów z emerytowanymi twórcami systemu (przez ówczesne władze w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej niesprawiedliwie zrównanymi wówczas z funkcjonariuszami bezpieki) zakończyłem tę przygodę doktoratem i książką.
Książka nadal wydaje mi się aktualna (zwłaszcza w kontekście oddawania naszych danych już nawet nie władzy, ale po prostu korporacjom), a nie powstałaby, ja zaś spędziłbym pięć lat życia zupełnie inaczej, gdyby nie lektura jednego artykułu z gazety. Ot, obrazek z czasów potęgi prasy.
Gry z komiksem znów dostępne!
W serwisie Allegro Lokalnie ktoś (prawdopodobnie rodzina wydawcy) wyprzedaje komiks Gry z komiksem (scenariusz mój, rysunki: Tomasz Kleszcz). Polecam zainteresowanym, bo to być może ostatnia w dziejach świata okazja, by zakupić tę publikację.
Internet wart kliknięcia
Nie tylko z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że newsletter na Substacku zaczął publikować Wojciech Tochman, jeden z najciekawszych polskich reporterów. Proszę dodać do obserwowanych.
A następny list do internetu wyślę do Państwa już za tydzień. Tradycyjnie zalecam subskrypcję za pośrednictwem poczty elektronicznej jako najpewniejszą i najwygodniejszą. Zawsze też można z otrzymywania newslettera zrezygnować i trwale usunąć swój adres e-mail z mojej bazy danych.



Ależ dysonans poznawczy! Dzięki za fragment z fb... Unikam toksycznych miejsc, ale przez to niestety często tracę ciekawe treści, a listy nie pierwszy raz je dla mnie wyłuskały. Czego w nowym roku nadal sobie i Tobie życzę! 😉